Sopot - kuracjusz styczniowy
W Sopocie spędziłem aż trzy tygodnie w styczniu. Nie chciało mi się jechać, bo mroź był okropny i właściwie podejrzewałem, ze będę marzł okropnie. Skierowania na turnus sanatoryjny nie dostaje się jednak co roku, więc nie było co grymasić. Tak, jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Sopotem, choć to zima w pełni, byłem po prostu oczarowany. Trafiło mi się świetne sanatorium. Poniemiecki budynek mojego domu sanatoryjno-wczasowego
Sopot na zewnątrz odrestaurowany tak, że nawet ci, którzy go wiek temu budowali byliby zauroczeni, a wewnątrz prawdziwe pałace. W marmurach i szkle, a do tego masę zieleni. Sopot skuty był dosłownie lodem. Nie wiedziałem, ze tak pięknie może wyglądać plaża. Morze, jakby było pokryte krami nachodzącymi jedna na drugą, śmiesznie bo wody widać nie było. Istny krajobraz księżycowy. Do południa tośmy zawsze mieli zabiegi, a popołudniami spacerowało się i zwiedzało. Obowiązkowy punkt każdego dnia to nieśmiertelne fajfy, a że towarzystwo było zabawowe, to było mi fajnie.